An unexpected twist of Ideology
Neoliberalism and the collapse of the Soviet Bloc
Le mécanisme d’une (més)entente. La rencontre loupé entre l’Ouest et l’Est
C’est par le malentendu universel que le monde s’accorde
Charles Baudlaire
W wielu językach europejskich istnieje silny, wywodzący się z łaciny, związek etymologiczny między słowami „niewolnik” i „Słowianin”. Słychać go w dzisiejszym francuskim, angielskim czy hiszpańskim, gdzie „niewolnik” to odpowiednio: esclave, slave i eslavo. Jeśli przyglądniemy się historii regionu Europy Środkowo-Wschodniej, zamieszkiwanej głównie przez Słowian (nota bene, jest to największa grupa etniczna w Europie), związek ten okaże się czymś bardziej istotnym niż mogłoby wynikać z czysto przygodnej etymologii. Wbrew pierwszym skojarzeniom nie odsyła on wcale do starożytności, kiedy to z grupy Słowian rekrutowała się część rzymskich niewolników, ale do okresu średniowiecza, gdy słowiańskich więźniów wojennych sprzedawano jako niewolników na zachód i południe Europy. Późniejsza historia regionu Europy Środkowo-Wschodniej pokazuje, że podporzadkowanie i zniewolenie trwale wpisało się w kondycję tej części europejskiego kontynentu i jej mieszkańców. Na jego zachodzie wejście w nowoczesność, rozwijającą się od przełomu XV i XVI wieku, oznaczało poluzowanie więzów osobistej zależności i stopniowe przekształcanie ich w relacje bardziej abstrakcyjne, mediowane przede wszystkim przez rynek. Nie oznaczało to z konieczności poprawy kondycji najbiedniejszych części populacji, a często nawet jej pogorszenie, ponieważ nowy system pozbawiony był zabezpieczeń i gwarancji dawnego feudalizmu. Otwierało jednak również możliwości mobilności i awansu, z których korzystały najpierw jednostki najbardziej rzutkie i zdeterminowane, a później cała reszta. Masowa migracja biedoty na drugą stronę Atlantyku to tego najlepszy przykład. Nikt bardziej żarliwie nie przekonywał o wyższości tych nowych, kapitalistycznych relacji nad starym porządkiem feudalnym niż Karol Marks. Manifest partii komunistycznej napisany przez niego wspólnie z Fryderykiem Engelsem to bodajże najbardziej apologetyczny tekst na temat kapitalizmu, jaki powstał w XIX wieku, chociaż jednocześnie też najbardziej krytyczny, co nie trudno zrozumieć, ponieważ komuniści, w przeciwieństwie do konserwatystów, podzielają liberalną wiarę w postęp, jednak w odróżnieniu od liberałów nie uważają, aby jego kulminacją był mariaż wolnorynkowej gospodarki i rządów przedstawicielskich.
W tym samym czasie, gdy Zachód podążał ku nowym sposobom organizacji życia społeczno-gospodarczego, Wschód pogrążał się w czymś, co bywa nazywane drugim poddaństwem. Polegało ono na zaostrzeniu wyzysku chłopów i silnym ograniczeniu ich wolności. Pod wieloma względami system ten przypominał niewolnictwo, chociaż również różnił się od niego w ważnych punktach – tak na przykład sprzedawanie poszczególnych jednostek, które prowadziło do niszczenia rodzin, nie było elementem reżimu pańszczyźnianego, już jednak sprzedaż chłopów razem ze wsiami, do których byli przypisani, stanowiła powszechną praktykę, podobnie jak podejmowanie przez pana decyzji o zawarciu przez chłopów małżeństwa, ponownym zamążpójściu wdowy czy też o losie chłopskich dzieci (np. kto może opuścić wieś i w mieście kształcić się na rzemieślnika). Tego typu relacje panowały na większości obszarów Europy położonych na wschód od Łaby, w tym na całym praktycznie terenie, który dzisiaj nazywamy Europą Środkowo-Wschodnią. Los Słowian był więc losem niewolników.
Konsekwencje takiego biegu spraw były dla regionu wielorakie i doprowadziły do wykształcenia się struktur długiego trwania (w sensie, jaki temu terminowi przypisywał Fernand Braudel i inni historycy ze szkoły Annales), które na wiele wieków zdecydowały o losach Europy Środkowo-Wschodniej. Jak pokazali to badacze z polskiej szkoły historii gospodarczej, w tym głównie Witold Kula i Marian Małowist, w wieku XVI doszło do rozejścia się dróg rozwojowych Wschodu i Zachodu Europy. Granica między Zachodem a Wschodem, przebiegająca mniej więcej na Łabie, była granicą rozwoju i zacofania, które manifestowały się w wielu sferach życia: w gospodarce, relacjach społecznych, polityce i kulturze. Chociaż mówimy tu o wydarzeniach sprzed wielu wieków, ich skutki odczuwamy do dziś i dopiero w XXI wieku pojawiła się próba zrewidowania tej niekorzystnej dla Europy Środkowo-Wschodniej sytuacji. O tym jednak więcej za chwilę.
Do tak zarysowanego obrazu dodać istotny element. Przemiany Wschodu i Zachodu kontynentu były ze sobą ściśle związane. Wschód nie tworzył autonomicznego układu społeczno-gospodarczego, ale był ściśle zintegrowany z rodzącą się kapitalistyczną gospodarką-światem (używam tego pojęcia w znaczeniu, jakie nadali mu Fernand Braudel i Immanuel Wallerstein). Polscy chłopi, zakuci w kajdany pańszczyzny, nie produkowali przede wszystkim na rynek wewnętrzny swoich państw, ale głównie na eksport, który trafiał na zachód kontynentu. Przywoływany już przed chwilą Marian Małowist w znakomitej książce Wschód a Zachód Europy w XIII-XVI wieku pokazał, jak wszystkie w zasadzie kraje Europy Wschodniej wyspecjalizowały się w tym okresie w eksporcie nisko przetworzonych produktów rolnych, naturalnych oraz surowców (zboże, bydło, smoła, drewno itp.). Ich integracja z gospodarką kapitalistycznego Zachodu – konstytutywna dla kształtowania stosunków społecznych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – była więc od samego początku integracją peryferyjna. Podobną tezę w odniesieniu ro Rosji stawia Borys Kagarlicki w wydanej niedawno książce Imperium peryferii. Rosja w systemie światowy. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży tego, co chłopi wytworzyli swoją niewolniczą pracą, szlachta kupowała produkty luksusowe – meble, kosztowności, ubrania, tkaniny, sprzęty domowego użytku, przyprawy itp. Skutecznie uniemożliwiało to lokalną akumulację kapitału, gdyż cała nadwyżka wędrowała za granicę. To też w perspektywie strukturalno-systemowej odróżniało los chłopów pańszczyźnianych na Wschodzie od losu miejskiego proletariatu na Zachodzie. Obie grupy były wyzyskiwane, obie cierpiały nędze, jednak o ile zawłaszczony produkt pracy najemnych robotników (proto)przemysłowych akumulował się w obrębie ich własnych społeczeństw i sprzyjał rozwojowi środków produkcji, tworząc w ten sposób warunki dla bardziej sprawiedliwej i równej dystrybucji bogactwa, o tyle efekt pracy chłopów pańszczyźnianych zamieniał się tylko i wyłącznie w środki konsumpcji ich panów, co skutecznie uniemożliwiało akty redystrybucji inne niż tylko te, do jakich doszło np. na Ukrainie w latach 1917-1921, a więc akty rabunku i bezproduktywnego niszczenia (doskonale opisała to Zofia Kossak-Szczucka w Pożodze).
Trzeba też pamiętać, że stopniowe wychodzenie z sytuacji zacofania jest w Europie Środkowo-Wschodniej – za wyjątkiem Czech, które podążąły trajektorią rozwojową o wiele bliższą Zachodowi – zjawiskiem naprawdę świeżym. Dopiero dwudziesty wiek przynosi pod tym względem istotną zmianę sytuacji. Przy wszystkich wątpliwościach i zastrzeżeniach dotyczących sowieckiej hegemonii w regionie – a jestem ostatnim, który podpisałby się pod założeniami i metodami działania bolszewickiego komunizmu – trzeba jednak przyznać, że tzw. demoludy były projektem rozwojowym i pozwoliły wielu krajom regionu po raz pierwszy przełamać dzięki urbanizacji, industrializacji i materialnej modernizacji peryferyjne zacofanie, w jakim tkwiły od wieków. Niesłusznie patrzymy na cały ten okres przez pryzmat schyłkowego kryzysu lat 80-tych XX wieku, na który silny wpływ miały czynniki zewnętrzne, jak np. światowy kryzys zadłużenia.
Eksperyment przełomu XX i XXI wieku, jakim jest rozszerzenie na wschód Unii Europejskiej stanowi w tym kontekście wydarzenie pozbawione historycznego precedensu. W Europie nigdy – dosłownie nigdy – nie istniała żadna stabilna struktura polityczna obejmująca Wschód i Zachód kontynentu. Granica między nimi zawsze oddzielała zasadniczo różne porządki społeczno-polityczne. Na tej granicy w starożytności zatrzymywały się wpływy Imperium Rzymskiego, w średniowieczu Karolingów, a wraz z nimi tzw. klasycznego feudalizmu radykalnie różnego od systemu prawa książęcego panującego np. na terenach Polski. Rozejście się dróg rozwojowych Wschodu Zachodu w epoce nowoczesnej opisałem powyżej. O stabilności tego podziału świadczy również fakt, że zachodnia granica Królestwa Polskiego, a później I Rzeczypospolitej pozostawała praktycznie niezmienna od XV do końca XVIII wieku. W wieku XX mniej więcej na Łabie zatrzymują się wpływy sowieckie.
Tak więc Unia Europejska, skupiająca państwa obu tych bloków i wyrażająca przez to dążenie do stworzenia spójnego systemu społeczno-kultrowo-politycznego ponad tradycyjnym i trwałym podziałem na Wschód i Zachód Europy, jest przedsięwzięciem bezprecedensowym. Historia pokazuje, że odrębność między wschodnią a zachodnią częścią europejskiego kontynentu nie działała nigdy na korzyść Wschodu, z czego warto wyciągnąć wnioski: utrzymanie i rozwój Unii Europejskiej jest w naszym interesie. Nie oznacza to, że uważam obecny stan Unii za idealny, a kierunek jej rozwoju za nie podlegający dyskusji. Unia Europejska ma mnóstwo mankamentów, z których największe to przewaga integracji ekonomicznej nad społeczną i kulturową oraz fundamentalne deficyty demokracji, które sprawiają, że organy nie pochodzące z wyboru mają w Unii zdecydowanie zbyt wiele do powiedzenia. W swoim ogólnym zarysie jej istnienie jest jednak korzystne dla jej środkowoeuropejskich członków.
Opowieść o peryferyjnym losie Europy Środkowo-Wschodniej, a więc również jej największego kraju, czyli Rzeczypospolitej, nie jest bynajmniej próbą konstrukcji kolejnej narracji cierpiętniczo-martyrologicznej. Owszem, region ten był u zarania nowoczesności pierwszym, historycznie rzecz biorąc, Trzecim Światem. Trzeba jednak pamiętać, że wraz z rozwojem kapitalizmu rosły też jego peryferia, przyjmując postać kolejnych kolonii, dominiów, protektoratów oraz terytoriów zależnych i u szczytu rozwoju projektu kolonialnego obejmując, jak oszacował to Edward Said, 80% planety. Fakt ten pozwala spojrzeć w zupełnie nowy, uniwersalny sposób na nasze partykularne losy: bardzo wcześnie doświadczyliśmy peryferyjnej integracji z kapitalistyczną gospodarką-światem wraz ze wszystkimi tego złymi konsekwencjami. Oznacza to, że nasza historia jest tak samo częścią uniwersalnej i globalnej historii kapitalizmu, co dzieje Anglii, Francji czy Niemiec, tyle tylko że doświadczyliśmy jej w inny, o wiele bardziej negatywny sposób. Nie jest prawdą, że kapitalizm powstał gdzieś na Zachodzie i bez naszego udziału. Byliśmy od samego początku częścią tego procesu i to częścią konstytutywną, co dobrze ilustruje fakt, że Holendrzy nazywali handel ze Wschodem na Bałtyku moedernegotie – matką wszelkiego handlu.
Poświęciłem tak wiele miejsca na opisanie obiektywnych, przede wszystkim materialnych warunków jak na razie nieudanego, bo zawsze asymetrycznego, spotkania między Wschodem a Zachodem Europy nie dlatego, że uważam je za najważniejsze. W dzisiejszej sytuacji przynajmniej równie istotne są kwestie psychologiczno-kulturowe – problemy uznania, poczucia własnej wartości, podmiotowości itp. – które pozostają jednak uwarunkowane bardzo długim i niemożliwym do wymazania doświadczeniem historycznym. Wymiana między Wschodem a Zachodem, zawsze nierówna i asymetryczna, wymiana, która była spotkaniem dominującego i zdominowanego, nie może dzisiaj odbywać się przy założeniu domniemanej równości i neutralności. Oczywiście ludzie, jak przekonywał Marks w 18 Brumaire’a Ludwika Bonaparte, sami tworzą swoją historię, ale, jak natychmiast dodawał, w warunkach, które nie są ich własnym dziełem. W takich też warunkach, odziedziczonych po minionych epokach, odbywa się dzisiaj rencontre loupé Wschodu i Zachodu. Nawet jeśli zaangażowane w nie jednostki występują z jak najszczerszymi intencjami, obie strony wciąż nie mogą się spotkać. Asymetria ich pozycji i trajektorii nie wynika, powtarzam to raz jeszcze, z jakichkolwiek dyspozycji podmiotowych, ale z samej struktury sytuacji, w której zachodzi ich spotkanie. Jest ona zawsze, niestety, sytuacją postzależnościową. Słowianie, wbrew swojej woli, ale zgodnie z pewną historyczną tendencją pozostają rodzajem niewolników, chociaż niewola ta rozgrywa się dziś na poziomie bardziej symbolicznym i polega na wiecznym poczuciu swojej mniejszej wartości. Dobrze ilustruje to jeden konkretny fakt: gdy my, ludzie kultury i intelektualiści z Europy Wschodniej, jedziemy na Zachód, prawie zawsze odwiedzamy miasta, większe lub mniejsze – Paryż, Berlin, Londyn, Nowy Jork, ale też Bristol, Dortmund czy Bordeaux – aby odnaleźć tam coś, czego brakuje nam u siebie: awangardę nowoczesności, wydarzenia i osoby dyktujące kierunek rozwoju zachodniego świata. Gdy mieszkańcy Zachodu przyjeżdżają na Wschód, nie zawsze, ale jednak często, trafiają w miejsca, które charakteryzują się przede wszystkim rozkładem, biedą i zacofaniem: wsie pozostałe po PGRach, zdezindustrializowane dzielnice wielkich miast, opuszczone dworce na zamkniętych liniach kolejowych, cygańskie tabory wlokące się przez opustoszałe i zapuszczone wsie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo poza bardzo nielicznymi wyjątkami w Europie Środkowo-Wschodniej trudno znaleźć cokolwiek, co mogłoby się równać z dziedzictwem kulturowym Zachodu Europy – miasta są mniejsze, ich styl architektoniczny imituje to, co w lepszej wersji znaleźć można na zachodzie, a produkcja artystyczna była i często pozostaje dyktowana poprzez naśladownictwo zachodnich mód. Na tym również polegało i polega niewolnictwo słowiańskiej części Europy. Niezależnie od swoich intencji przybysze z Zachodu wpisują się w ten sposób swoim spojrzeniem i obecnością w relację, która nie może być odczytywana inaczej jak tylko relacja para-kolonialna. Ponieważ prawdziwe porozumienie możliwe jest tylko między równymi, spotkanie Wschodu i Zachodu okazuje się niemożliwe.
Jak powiedziałem przed chwilą i co trzeba jeszcze raz podkreślić, ten brak porozumienia nie wynika z indywidualnych przymiotów czy dyspozycji. Bywa oczywiście tak, że obywatele Zachodu absolutyzują swoją kulturę – swoje zwyczaje, upodobania, poczucie humoru – uznając każdego, kto jej nie rozumie lub się z nią nie zgadza za gorszego i głupszego. To nie jest jednak istota problemu. Uwarunkowania, o których mowa, nie lokują się w sferze charakterologiczno-ideowej nadbudowy, ale historyczno-materialnej bazy, dlatego poświęciłem tak wiele miejsca ich rekonstrukcji na kilku poprzednich stronach. Z tego powodu żadne rozwiązanie idealistyczne nie jest możliwe i będzie zawsze co najwyżej chwilowe i niestabilne. Aby Wschód i Zachód mogły się naprawdę spotkać, potrzeba głębszej i bardziej fundamentalnej zmiany systemu, w którym żyjemy, a który zawsze opierał się i opiera na nierównej wymianie. Czy taki inny świat jest możliwy? To już temat na osobne rozważania.





